Nigdy nie zapominam o rocznicy powstania styczniowego, gdyż czuję dziwny związek z tamtymi ludźmi. Wyobrażam ich sobie tak jak nas — oczywiście w innych ubraniach i w odmiennej scenerii dziewiętnastowiecznej Warszawy, z kamienicami tak starymi jak we współczesnej Łodzi — ale jestem przekonany, że oni odczuwali świat dokładnie tak samo jak my.
Właśnie przez ten sentyment w każdą rocznicę powstania tworzę jakiś tekst o tamtych czasach. Dziś mógłbym z nich już stworzyć małą książeczkę. Natomiast w czasie studiów na temat mojej pracy magisterskiej wybrałem udział studentów Szkoły Głównej w powstaniu styczniowym.
Całe pokolenie powstania styczniowego jest mi bliskie, ale studenci wydawali mi się najbliżsi w okresie, gdy sam byłem studentem Uniwersytetu Łódzkiego w schyłkowym czasie komunizmu. Dlatego jako metodę badawczą wybrałem próbę zrozumienia ich postępowania poprzez odczuwanie ich emocji.
Okazało się jednak, że nie wszystko jest takie proste, gdyż moja promotorka była zainteresowana powstaniem listopadowym i Wielką Emigracją, dlatego w tę stronę kierowała swoich studentów. Mój temat doprowadził więc do konfliktu między nami, na szczęście krótkiego.
Za karę dostałem polecenie, abym w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie dokonał kwerendy wszystkich wyroków powstańczych i ustalił, ilu studentów zostało skazanych za udział w powstaniu. Oczywiście było to niewykonalne. Na szczęście po tygodniu pani profesor „przeszło” i mogłem napisać swoją pracę magisterską.
W wyniku tego sporu przez tydzień jeździłem jednak codziennie do Warszawy w zimowej scenerii ponurego schyłku komunizmu. Nie żałuję tego. Było to doświadczenie, którego wielu ludzi nigdy nie przeżyje. A na wspomnienie pożółkłych karteczek, na których pismem odręcznym, ruskimi bukwami zapisano krótką historię życia ludzi zamordowanych za udział w powstaniu — do dziś dostaję gęsiej skórki.
Nie o to mi jednak chodziło. Nie zamierzałem opisywać działań powstańczych z udziałem studentów. Nigdy nie fascynowały mnie bitwy i militaria. Dla mnie zawsze ważniejsze były motywacje, czyli to, co działo się w ludzkich umysłach.
Studentom Szkoły Głównej Warszawskiej przypisywano krytyczny stosunek do powstania. Ja w tamtym czasie byłem czynnie zaangażowany w działania antykomunistyczne i taka postawa młodzieży studenckiej wydawała mi się oczywista. Dlatego coś mi się w tym nie zgadzało.
Po zbadaniu sprawy okazało się, że przypisywanie studentom niechęci do powstania było historycznym oszustwem lub pomyłką. Nie było to oszustwo rosyjskie czy komunistyczne, lecz propaganda polskich środowisk konserwatywnych, które swój krytycyzm wobec idei powstańczej chciały podeprzeć autorytetem studentów Szkoły Głównej. Okazuje się więc, że nie tylko lewica potrafi fałszować historię dla udowodnienia własnych racji.
A jednak studenci SGW wcale nie byli przeciwnikami powstania. To prawda, że później wielu z nich należało do środowiska warszawskich pozytywistów, które krytycznie oceniało powstanie, ale to było po, a nie przed. Większość z nich czynnie uczestniczyła w powstaniu. Wprawdzie nie poszli zbiorowo do lasu, jak studenci Instytutu Rolniczo-Leśnego w Puławach, gdyż wykorzystano ich oraz ich wiedzę w konspiracyjnej organizacji miejskiej Warszawy. Właśnie oni stanowili zaplecze logistyczne Rządu Narodowego, a ostatnim powstańczym naczelnikiem Warszawy, straconym 17 lutego 1865 roku w ostatniej publicznej egzekucji, był Aleksander Waszkowski, student Szkoły Głównej.
W konsekwencji wielu z nich nigdy nie zostało zdekonspirowanych. Co tym bardziej zostało wykorzystane przez krytyków powstań narodowych, aby głosić, że studenci z Puław poparli powstanie, a studenci z Warszawy byli przeciwni. Że niby ci mądrzejsi byli przeciw.
W rzeczywistości wszyscy studenci popierali ideę walki o niepodległość, wraz z większością ówczesnego społeczeństwa. Natomiast obawiali się o los swojej uczelni, bo czuli się za nią odpowiedzialni. I to jest ten zgrzyt, który wywołuje naszą dezorientację.
Jest to bowiem dla nas tak obcy sposób myślenia, jak poczucie odpowiedzialności za dobro publiczne. Nawet jeśli wycieramy sobie usta słowem „odpowiedzialność”, pozostaje ono najczęściej tylko zwrotem retorycznym. Możemy czuć się odpowiedzialni za własny los, ale „dobro wspólne” zostało odarte z wartości w czasach komunizmu.
Jeżeli więc dziś ktoś mówi, że obawia się konsekwencji walki, to uznajemy go za przeciwnika walki. Tymczasem przed powstaniem styczniowym oznaczało to naprawdę obawę o los Szkoły Głównej.
Dlatego mamy problem z interpretacją zajadłych dyskusji prowadzonych w środowisku studenckim przed powstaniem, które zakończyły się po słowach studenta Pągowskiego: „gdzie krew braci moich lać się będzie, tam i ja będę”. Bo przestrzeń do dyskusji się zamknęła.
Natomiast ja długo nie mogłem się przez to przebić, aby zrozumieć, skąd bierze się ta różnica między nami — Polakami żyjącymi w różnych czasach. Aż wreszcie uświadomiłem sobie, że odpowiedzialność jest pochodną poczucia decyzyjności.
My byliśmy aktywni, ale nigdy nie mieliśmy poczucia, że cokolwiek od nas zależy. Dlatego nie myśleliśmy w kategoriach odpowiedzialności. Nie czuliśmy się także odpowiedzialni za swoje szkoły. Nasze uczelnie były nam tak samo obce jak całe komunistyczne państwo. Natomiast tamci studenci czuli to inaczej.
Szkoła Główna Warszawska była ich uczelnią. Powstała zaledwie dwa miesiące przed wybuchem powstania styczniowego po trzydziestu latach od likwidacji Uniwersytetu Warszawskiego za powstanie listopadowe. Studenci, którzy w większości rozpoczęli naukę pod koniec listopada 1862 roku, chcieli ochronić swoją uczelnię.
Odetchnąłem więc z ulgą. Tak bardzo się od siebie nie różniliśmy. A jednocześnie przeraziłem się, że tak bardzo się różnimy — bo komunizm odarł nas z poczucia sprawczości, a przez to z poczucia odpowiedzialności. Dobro wspólne stało się pojęciem szyderczym. Kraj, szkoła, uczelnia czy nasze ulice — nie należą do nas. My odpowiadamy tylko za siebie.
Upadek komunizmu niczego nie zmienił. Wystarczy popatrzeć na rodziców, którzy agresywnie atakują szkołę, do której chodzi ich dziecko. Oni nie czują tego, że niszczą w ten sposób szkołę, do której chodzi ich własne dziecko. Komunizm coś nam zrobił i nie potrafimy tego cofnąć. Ilustracją tego mogą być akcje Ostatniego Pokolenia. Czy ktoś w ogóle w naszym kraju myśli w kategorii odpowiedzialności za skutki polityki prowadzonej w związku z wojną na Ukrainie?
Oczywiście myślą, jakie to będzie miało przełożenie na wynik następnych wyborów i na tym kończy się poczucie odpowiedzialności.
Tamta młodzież studencka była inna. W zdecydowanej większości byli to potomkowie spauperyzowanej szlachty, której majątki zaborcy skonfiskowali za udział w powstaniach. Utratę pozycji społecznej próbowali zrekompensować wykształceniem. Dlatego ich odpowiedzialność za kraj nie była dodatkiem do wykształcenia, lecz jego celem.
Po długich dyskusjach studenci Szkoły Głównej podjęli decyzję, że każdy indywidualnie będzie mógł wziąć udział w powstaniu, lecz nie zostanie wydana żadna zbiorowa deklaracja w imieniu uczelni i środowiska studenckiego. Dzięki temu uczelnia przetrwała do 1869 roku, wychowując elitę intelektualną zaboru rosyjskiego.
Był to kompromis. Ale nie kompromis pomiędzy walką o wolność a rezygnacją z walki. Był to kompromis pomiędzy gotowością do walki o wolność a odpowiedzialnością. My tego zupełnie nie rozumiemy. Jakby mówiono w obcym języku.


Dodaj komentarz