Stworzyliśmy sobie bardzo złe państwo. Bardzo długo walczyliśmy o wolność, aby następnie zbudować państwo zrujnowane od nowości.
Jeszcze gorsze jest to, że się z tym pogodziliśmy. Tak jakbyśmy zaakceptowali, że jesteśmy jakąś gorszą, niższą rasą. Bo Niemcy czy Żydzi mogą sobie stworzyć dobrze zorganizowane państwo, ale my nie.
Nie mówię tu oczywiście o naszych ambicjach mocarstwowych, czyli o wojnie z Rosją i sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Od razu, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę i rzuciliśmy się z tą naszą słowiańską nadgorliwością do jej wspierania, tak właśnie sobie pomyślałem, że dla wielu z nas ta wojna była jak dar z nieba, aby odwrócić uwagę od tego, co nas kompromituje, w stronę tego, z czego zawsze byliśmy dumni. Bo nie poradziliśmy sobie z budową niepodległego państwa, ale zawsze jesteśmy gotowi bohatersko umierać za naszą i waszą sprawę.
Na mnie to nie działa. Wręcz przeciwnie. Gdyż ja intuicyjnie zawsze popierałem hasło „po pierwsze Polska”, jeszcze zanim zostało wymyślone. Bo dla mnie zawsze było żałosne to, że chcemy pokonać Rosję, a nie radzimy sobie z odśnieżaniem ulic zimą i stworzeniem dobrej edukacji. To było jakieś takie niesmaczne, jakbym rozgryzł ziarenko pieprzu w zupie. Dlatego uważam, że zapłaciliśmy olbrzymią cenę za wspieranie Ukrainy i nie można jej mierzyć wyłącznie poprzez nakłady finansowe. Chodzi mi tutaj bardziej o utratę zainteresowania problemem patologicznej niewydolności naszego państwa.
Nie mam przy tym na myśli partyjnej wojny na górze. To są tylko igrzyska dla ludu. Myślę natomiast o postkomunistycznym ubezwłasnowolnieniu społeczeństwa. Bo nasze społeczeństwo było zniewolone nadmiarem regulacji już w okresie komunistycznym, ale po upadku komunizmu nie zostaliśmy wyzwoleni. Wolni stali się wyłącznie politycy i dlatego każda kolejna wataha polityczna pęta nas następną masą regulacji w imię swoich ideologicznych fantazji.
W konsekwencji żyjemy w nieustającym lęku. Zbudowaliśmy sobie państwo, w którym ludzie są bardziej zastraszeni niż w okresie komunistycznym. Boją się, że w gąszczu przepisów nieświadomie złamią jakieś prawo i zostaną potraktowani jak przestępcy. Bo przecież w naszym idealnym państwie nie ma miejsca na błędy.
Oczywiście można iść do sądu i próbować bronić swoich racji, ale w masie nadregulacji trudno znaleźć lukę, aby udowodnić swoją niewinność. A koszty obrony prawnej są tak wysokie, że większość ludzi jest jej pozbawiona. Należy się więc z tym pogodzić, że w naszym kraju zawsze jesteś winny, a jeżeli nie jesteś za to karany, to tylko dlatego, że nie zostałeś złapany. Bądź więc lepiej cicho i nie zwracaj na siebie uwagi.
Do tego dodano tak zwane wolne media, które zamiast kontrolować władzę, agresywnie atakują zwykłych ludzi, udając, że kontrolują władzę. Bo dyrektorka w szkole użyła złego słowa, bo pogotowie zawiozło pacjentkę do niewłaściwego szpitala, bo kibice wywiesili niewłaściwy transparent. Media nawet nie potrzebują, aby prawo zostało złamane, gdyż one dokonują samosądu na podstawie oceny moralnej. Co oznacza, że każde działanie może zostać publicznie napiętnowane na podstawie osądu domorosłego dziennikarza.
I nikt nie stanie w obronie linczowanego publicznie człowieka, gdyż nie ma takich odważnych, którzy przeciwstawiliby się mediom. Bo w związku z wojną na górze ludzie mogą stanąć w obronie atakowanego polityka, ale nikt nie stanie w obronie nauczycielki znieważanej przez media za to, że skrzyczała ucznia. Dlatego mamy wolne państwo, w którym społeczeństwo żyje w lęku, jak w jakimś brutalnym bantustanie.
Jest to strach paraliżujący, który odbiera ludziom wolę działania. Dlatego nikt nie ma odwagi podnieść papierka z ziemi w obawie, że może to zostać uznane za działanie bezprawne lub niemoralne. I wcale nie jest tak, że w ten sposób stajemy się państwem praworządnym o wysokim poziomie moralnym. Przeciwnie. Jesteśmy państwem zdezorganizowanym, w którym śmieci leżą na ulicy. Państwem opartym na lęku i dupochronach.
W konsekwencji jest tak, że jeżeli jest jakaś dziura w ziemi, która utrudnia chodzenie, to nikt jej nigdy nie zasypie, chociaż łatwo można to zrobić. I nawet jeżeli decyzją władz zostanie tam wybudowane wspaniałe obserwatorium astronomiczne oraz przepiękna fontanna z gazowaną wodą w kolorze liliowym, to ta dziura w ziemi cały czas tam będzie, a wokół powstaną budowle nikomu niepotrzebne.
I to jest właśnie definicja naszego państwa postkomunistycznego. To wcale nie wynika z naszej wrodzonej tandety, ale z organizacji państwa opartego na zastraszonym i ubezwłasnowolnionym społeczeństwie, któremu funduje się igrzyska w postaci zajadłych kłótni polityków o ich sprawy oraz obiecuje wielkie zwycięstwo w wojnie z Rosją. Zresztą to nic nowego, gdyż tak zawsze postępuje się ze zniewolonym społeczeństwem.


Dodaj komentarz