Gdy więc okazało się, że Stany Zjednoczone napadły na Wenezuelę, porwały jej prezydenta wraz z żoną oraz zbombardowały stolicę, zapadło głuche milczenie. Nikt nie wiedział, co ma mówić, bo nie było dyspozycji, co należy myśleć.
Dopiero później, gdy w mediach ukazały się poniżające zdjęcia Nicolasa Maduro eskortowanego przez amerykańskich żołnierzy, a prezydent Trump wygłosił płomienne przemówienie wychwalające sprawność armii amerykańskiej, polski entuzjazm dla działań amerykańskich wylał się szeroką falą. Bo to przecież my wygraliśmy w Wenezueli. Tak, panowie i panie, bo to nasz sojusznik pokazał, co potrafi.
A jeżeli nasz sojusznik, to tak jakbyśmy my sami wygrali. Bo teraz będą się nas wszyscy bali. Jest bowiem oczywiste dla każdego, że w razie czego prezydent amerykański równie szybko i sprawnie podejmie interwencję zbrojną w naszym interesie, jak zrobił to w interesie amerykańskiego przemysłu naftowego w Wenezueli. Bo przemysł petrochemiczny w Wenezueli zbudowali Amerykanie i — jak powiedział prezydent amerykański — nie pozwoli on wenezuelskim komunistom odebrać własności wenezuelskiej ropy naftowej amerykańskim firmom. Bo Stany Zjednoczone wszędzie będą walczyć z komunizmem.
No właśnie, bo powiedzmy sobie szczerze, że Maduro to nie nasza bajka, gdyż to jest komuch. A my, Polacy, wyzwoliliśmy się z komunizmu, dlatego chcemy świat cały wyzwolić z komunizmu. Aby nas poszczuć, wystarczy nam wskazać komunistę, a będziemy na niego warczeć jak na osobistego wroga. Więc Maduro to komunista.
Możemy się więc cieszyć, że Amerykanie dowalili komuchowi. To nasze zwycięstwo. Teraz na pewno dowalą innym. Bo tak się dziwnie złożyło, że każdy komuch jest wrogiem Ameryki. A może na odwrót — że każdy wróg Ameryki jest komuchem. Aż mi się zaczyna mieszać w głowie.
Aby to zrozumieć lepiej, prześledźmy to na przykładzie Ameryki Łacińskiej, gdyż tam sytuacja jest szczególnie charakterystyczna. Otóż w tamtym regionie komunizm jest w ogóle definiowany przez wrogość do Stanów Zjednoczonych. To jest więc trochę inaczej niż u nas, ale to działa.
Po pierwsze, w okresie zimnej wojny każdy, kto próbował wyzwolić się spod amerykańskich wpływów, automatycznie był klasyfikowany jako sojusznik Związku Radzieckiego i stawał się w ten sposób zwolennikiem komunizmu. Obecnie jest tak samo, gdyż przeciwnicy Ameryki zmuszeni są do szukania porozumienia z komunistycznymi Chinami — czyli komuchy.
Ale jest też po drugie, że gospodarka, a zwłaszcza bogactwa naturalne, takie jak miedź w Chile, Puszcza Amazońska w Brazylii czy ropa w Wenezueli, były od dawna zawłaszczone przez firmy ze Stanów Zjednoczonych, co oznaczało, że ich odzyskanie musiało polegać na wywłaszczeniu firm amerykańskich. A takie działanie to przecież czyste lewactwo, gdyż prawo własności jest święte.
Ten sam mechanizm działa przecież w Afryce i w Europie postkomunistycznej. Na tej zasadzie dokonano dekolonizacji i dekomunizacji. Przyznano nam wolność polityczną, ale własność pozostała w rękach kolonistów i komunistów. Próba odzyskania tej własności to naruszenie świętego prawa własności, czyli komunizm. A my nienawidzimy komunistów. I uznajemy prawo Stanów Zjednoczonych do gnębienia komunistów. Jesteśmy nawet z tego dumni, jakbyśmy sami to robili.
Dzięki temu, po chwilowej konsternacji, nasz entuzjazm dla Ameryki wybuchnie z jeszcze większą siłą. Bo oto kolejny komuch został obalony i święte prawo amerykańskiej własności wenezuelskiej ropy naftowej zostanie przywrócone. Brawo Ameryka!
A przy okazji nasza pozycja geopolityczna wzrosła jako sojusznika Ameryki. Niech się więc teraz nas boją nasi wrogowie. Myślę, że w Polsce powinniśmy zorganizować paradę zwycięstwa po tym, jak pokonaliśmy prezydenta Wenezueli. Brawo my!
Wyobrażam więc sobie te wszystkie nasze F-16, F-35 oraz Black Hawki na polskim niebie i Abramsy na polskiej ziemi. Ta sama siła obaliła krwawego komunistycznego dyktatora w Wenezueli. Dzięki temu jesteśmy teraz bezpieczniejsi! Bo my jesteśmy najwierniejsi.
Jak nasi legioniści na San Domingo (Haiti) byli wierni Napoleonowi.


Dodaj komentarz