Znowu wpatruję się w pustą ścianę. Czasami tak mam. To nie jest dobry objaw, ale tym razem mam uzasadnienie, gdyż nie mam w domu prądu. Muszę więc czekać na pogotowie domowe. Nie mam telewizji ani radia, a to jest bardzo groźny stan, gdyż zaczynam wtedy myśleć. Zapewne po to jest telewizja, aby nas uchronić przed takim niebezpieczeństwem.
Rozumiem już teraz, dlaczego Rosjanie z taką zajadłością atakują ukraińskie elektrownie. Chcą wywołać w społeczeństwie taką właśnie złość wobec władzy, jaką ja odczuwam teraz. Wydaje mi się jednak, że ukraińskie służby szybciej naprawiają te zniszczenia niż nasze pogotowie mieszkaniowe reaguje na awarię. Zapewne dlatego społeczeństwo ukraińskie się nie buntuje. Albo po prostu obawia się prostej logiki wojennej, że kto nie popiera władzy – to ruski agent.
Natomiast we mnie narasta złość. Mijają kolejne godziny. Ponownie dzwonię do pogotowia mieszkaniowego i mówię, że w mam w mieszkaniu jak w Kijowie: ciemno i zimno. Pani mi wyjaśniła, że to dlatego, że jest zima.
W tym czasie ściana przede mną zrobiła się już prawie czarna. Zmrok zapadał powoli, ale później gwałtownie przyspieszył i niemal od razu zrobiła się ponura noc. Jedynym działającym urządzeniem był oczywiście telefon komórkowy nieustannie migający światłem w mroku. Mogłem się w niego gapić dowoli, ale wolałem patrzeć na ścianę. Im ją mniej widziałem, tym moje myślenie stawało się coraz bardziej złowrogie. Byłem więc o jeden krok od rewolucji.
Przestałem już nawet marudzić. Bo marudzenie jest wentylem bezpieczeństwa do rozładowania złości i zamulenia myśli. Dlatego nasze media społecznościowe są pełne marudzenia, które przeradza się w bezsilny wrzask. Takie nieustające krytykowanie wszystkiego szybko się zmienia w szum przypominający brzęczenie w uszach, którego nikt nie słucha. To coś takiego jak szczekanie Soni przy śniadaniu.
Znacznie gorsze byłoby myślenie. Dla każdej władzy byłoby gorzej, gdyby ludzie zaczęli rozumieć w ciszy, po ciemku, przy świeczce, przy wygaszonym świetle. A jeżeli drą gęby w Internecie – to jest naprawdę super, to nic groźnego. Zwłaszcza jeżeli niczego nie rozumieją, ale są przeciw.
A przecież wystarczyłoby, aby zrozumieli, że postkomunizm wcale nie jest etapem wychodzenia z komunizmu. Po obalenia komunizmu powinniśmy zbudować państwo normalne. Po wyzwoleniu w 1918 roku nie stworzyliśmy sobie przecież państwa post-zaborczego. A jednak od prawie 40 lat mamy państwo postkomunistyczne. To oznacza, że nie jest to stan przejściowy. To jest mechanizm rozwojowy narzucony byłym państwom komunistycznym, który kieruje nas w zupełnie inną stronę niż inne państwa.
Zresztą tak samo byłe kolonie, po dekolonizacji nie stały się państwami normalnymi, ale postkolonialnymi. Bo dekomunizacja była wzorowana na dekolonizacji. I już na zawsze mają pozostać byłymi koloniami. Tak samo jak państwa Europy Wschodniej mają pozostać byłymi państwami komunistycznymi. W dzisiejszej Europie to piętno.
A jeżeli dekomunizacja była wzorowana na dekolonizacji, to znaczy, że postkolonializm jest tym samym co postkomunizm. Jest to podobny mechanizm administrowania dawnymi koloniami i państwami postkomunistycznymi za pośrednictwem ich rodzimej elity. Czyli dawne kolonie i państwa komunistyczne nadal są uzależnione od obcych mocarstw, a ich społeczeństwa są ubezwłasnowolnione, ale za pośrednictwem swoich narodowych przywódców.
Dlatego neokolonializm nie polega dzisiaj na dzieleniu się terytoriami jak w XIX wieku, ale na dzieleniu się ludźmi. Ekspansja kolonialna polega bowiem na narzucaniu władzy polityków uległych wobec mocarstw kolonialnych. Imperia kolonialne finansują więc i wspierają swoich politycznych avatarów. A wewnętrzne spory polityczne bardzo często wynikają z rywalizacji mocarstw kolonialnych o podział wpływów. Bo ta partia reprezentuje interesy amerykańskie, a tamta francuskie lub rosyjskie.
Z tego właśnie powodu Afryka pogrążyła się w wojnach domowych po dekolonizacji. Tylko pozornie były to wojny partyjne i plemienne, ale w rzeczywistości były to zastępcze wojny kolonialne między mocarstwami o nowy podział Afryki. Bo Belgowie popierali Czombe w Katandze, Rosjanie Lumumbę, a Amerykanie postawili na Mobutu Sese Seko. Wygrał Mobutu – to znaczy, że Amerykanie. Całkiem tak jak w XIX wieku, tyle tylko, że w trybie neokolonialnym. I dzięki temu Kongo stało się demokratyczne i bogate – bo taka jest Ameryka. Oczywiście żartuję. Ale jak Boga kocham, niektórzy tak właśnie myślą.
Właśnie na tym polega cała sprytna sztuczka z postkolonializmem i postkomunizmem, że obcy oddali władzę naszym, dlatego trudniej jest zrozumieć, że nadal rządzą obcy. Siedzę więc tu po ciemku i zastanawiam się, jak można to ludziom wytłumaczyć. Jest to szczególnie trudne w naszym kraju, w którym przez całe wieki zaborów i komunizmu wbijano nam do głów, że najważniejsze jest, aby nami nie rządzili obcy.
A teraz rządzą nasi. Ale rządzą tymi samymi metodami, które odziedziczyli po komunizmie i zaborach. Dokładnie na tym polega postkolonializm. Nadal więc jesteśmy zasypywani regulacjami opartymi na zakazach i nakazach, wciąż nie mamy żadnego wpływu na władzę pomimo wyborów i jesteśmy traktowani jak tubylcy, którzy mogą korzystać ze swoich praw wyłącznie z łaski władz.
Ludzie musieliby więc przestawić swoje myślenie z trybu zabory–okupacja–komunizm na tryb postkolonializm oraz definiowania wroga w kategorii obcego na definiowanie swój, ale jak obcy. Być może wówczas zaczęliby postrzegać naszą rzeczywistość właściwie.
A może nie?


Dodaj komentarz