Po spacerze wracam do samochodu, a na szybie mam przylepioną karteczkę z bardzo uprzejmą informacją, że właśnie Straż Miejska założyła mi blokadę na przednie koło. No więc ja też bardzo uprzejmie dzwonię pod wskazany na karteczce numer.
Więc to było tak, że postanowiłem pojechać z psem na spacer. Pogoda nie była przyjazna, a nawet była taka, że psa było żal z domu wyrzucić, ale chciałem zrobić jakiś dobry uczynek.
Ze względu na zmiany klimatyczne nikt się nie spodziewał, że zimą zrobi się zimno i to akurat w święta, więc nikt nic nie robił z cienką i szklistą warstewką lodu, która pokryła chodniki i ulice. Dlatego zdecydowaliśmy się nie jechać na bezdroża, ale tam, gdzie zachowały się resztki cywilizacji i w razie czego będziemy mogli liczyć na wsparcie służb publicznych. I nie przeliczyliśmy się, gdyż służby publiczne, w pewnym wąskim zakresie, były rzeczywiście bardzo czujne w Arturówku.
To prawda, że wjechałem tam, gdzie zawsze, trochę na pamięć, i przegapiłem znak zakazu zatrzymywania się. Bo nie przyszło mi do głowy, że komuś przyszło do głowy, aby tam postawić taki znak. Przecież droga była szeroka i kompletnie pusta, a dodatkowo były tam zatoczki do postoju samochodów. A jednak z jakiegoś nieznanego mi powodu pojawił się tam znak zakazu.
Po spacerze wracam więc do samochodu, a na szybie mam przylepioną karteczkę z bardzo uprzejmą informacją, że właśnie Straż Miejska założyła mi blokadę na przednie koło. No więc ja też bardzo uprzejmie dzwonię pod wskazany na karteczce numer. Jestem drugi w kolejce. Po godzinie, gdy już robi się ciemno i zimno, ja wciąż jestem drugi w kolejce. Dobrze, że nie trzeci. Trudno się dziwić, bo przecież są prawie święta, więc zapewne mają braki kadrowe. Nie aż takie jednak, aby patrol Straży Miejskiej nie pilnował pustej ulicy w lesie, żeby ktoś się tam nie zatrzymał.
Aby się rozgrzać, szukam w telefonie informacji, jak szybko powinna zostać zdjęta blokada po zgłoszeniu. Nie ma jednak żadnych określonych terminów i Straż Miejska może zdjąć blokadę z kół, kiedy może. Tym bardziej, jeżeli ktoś jeszcze nie zgłosił się, że chce mieć zdjętą blokadę.
Nie ma co się rzucać, bo to jest dodatkowa kara dla niepokornych. Można byłoby przecież zrobić zdjęcie i wystawić mandat bez zakładania blokady — wyszłoby na to samo. Ale z blokadą jest fajniej, gdyż bardziej ceremonialnie. Dlatego z przezorności zachowuję postawę skromną i pokorną, bo jeżeli jednak ktoś mnie obserwuje z ciemności, to lepiej być jak urzędnik carski w czasach Piotra I.
Taka postawa wreszcie mi się opłaciła. Pani sierżant po półtorej godziny odebrała telefon. O jakiż byłem miły dla pani sierżant, aby nie było gorzej. A ja potrafię być miły. Rozmowa przebiegała więc w radosnej i przyjaznej atmosferze, niczym przy wigilijnym stole. Jestem pewien, że pani sierżant żałowała, że sama nie może przyjechać, aby zdjąć mi blokadę. Ale pani sierżant nie mogła, więc czekałem kolejną godzinę na patrol. Na niebie pojawiły się gwiazdy i księżyc, z mrocznego lasu dobiegało przeraźliwe wycie wiatru przeciskającego się między drzewami.
„A gdybym przyjechał tu na spacer z dzieckiem” — pomyślałem sobie i następnie sam sobie odpowiedziałem, że to nic, bo dziecko od dziecka musi być uczone praworządności i szacunku dla państwa. Więc czekałem. Było kompletnie pusto. Ani jednego samochodu, ani żywego ducha.
Aż wreszcie przyjechali. Jezus Maria, jaki im byłem wdzięczny. „I pamiętaj, masz być pokorny” — pouczałem sam siebie, przypominając sobie to, co zawsze mówiła mi żona i matka. One często mówiły to samo. Więc stałem pokornie przed samochodem Straży Miejskiej w postawie tak uległej, mnąc czapkę w ręku, jak chłop pańszczyźniany przed karocą magnacką.
„Za postój w niedozwolonym miejscu mogą wystawić mandat do 5000 zł” — poinformował mnie radośnie strażnik.
„O Matko Boska” — jęknąłem przerażony.
„Nie, no spokojnie” — strażnik zaśmiał się, ubawiony moim lękiem — „będzie 300 zł. Ale gdyby to był patrol konny, na pewno byłoby dużo drożej. Mieliście szczęście”.
Było to dla mnie dość oczywiste, że u nas łaska państwa jeździ na pstrym koniu. Byłem więc bardzo wdzięczny, że trafiłem na strażników w samochodzie. Po prostu szczęściarz ze mnie. W związku z tym, że wysokość mandatu zależy od humoru strażników, starałem się, aby byli w dobrym humorze. Wyglądało na to, że byli zadowoleni.
„Przyjmuje pan mandat?”
Dobry żart. Oczywiście, że tak, i jestem bardzo wdzięczny. Kłaniam się więc panom strażnikom bardzo nisko. Przekazuję też najserdeczniejsze życzenia świąteczne i noworoczne dla żon i dzieci oraz pani sierżant.
„Dla kogo?”
Nieważne, to mogę zrozumieć tylko ja i ona. Machnęli ręką i odjechali, a ja jeszcze zostałem, jakby trudno mi było się rozstać z tym miejscem, do którego już się przyzwyczaiłem. Jak Boga kocham, naprawdę nie wiem, dlaczego w tym właśnie miejscu wprowadzono zakaz zatrzymywania się. Ale jestem dumny z mojego państwa, które nie zapomina nawet o takim miejscu.
Przypomniał mi się w związku z tym religijny film wigilijny dla dzieci. Bo w okresie komunizmu czasami puszczano w telewizji filmy religijne. Otóż Śmierć przyszła do Boga z prośbą, aby nie musiała zabierać matki, która osieroci dwójkę małych dzieci. Wtedy Bóg wysłał Śmierć na dno oceanu po malutki kamień. Następnie kazał jej rozgryźć kamień, a w środku był mały, żywy robaczek. A wtedy Bóg powiedział: „To ja o tym robaczku pamiętam, a zapomniałbym o tych dzieciach?”.
Jak Boga kocham, nie ma co się chwalić — nasza pani prezydent też o nikim nie zapomina.


Dodaj komentarz