Musiałem się tego dnia na chwilę zatrzymać. Nie zrobiłem tego od razu, pomimo zmęczenia, ale później zacząłem się wyciszać i wygasać, aż się zatrzymałem.

Spojrzałem wtedy przez okno balkonowe i zobaczyłem dwójkę rowerzystów brnących mozolnie przez śnieg, jak w zwolnionym filmie. To nawet nie byli kurierzy Glovo ani Ubera. Przez chwilę miałem więc wątpliwość, czy to było na jawie, gdyż 1 stycznia mogłem niespodziewanie usnąć. Ale to było całkiem naprawdę.

Podziwiałem determinację rowerzystów, ale im nie zazdrościłem. Byłem im jednak wdzięczny, gdyż dzięki nim w pełni uświadomiłem sobie, jak mi jest dobrze.

Rozejrzałem się wokoło. Przy oknie stała choinka, udekorowana byle jak, bez żadnej kolorystycznej kompozycji. Bombki od sasa do lasa, lampki pstrokate jak wydzieranka dla przedszkolaków i jeszcze ta tandetna złota lameta. Ale to była moja choinka.

Na stole stały kieliszki z niedopitym szampanem i prawie pusta butelka. Pretekstem do tego, aby brudne kieliszki wciąż tu stały, była ta resztka wina musującego w butelce. Bo w razie czego — kieliszki były już gotowe.

Na ścianie wisiał obraz w abstrakcyjne wzory. Nad nim drewniany krzyż. Oczywiście, że krzyż, bo to jest przecież polskie mieszkanie. A jak się komuś nie podoba – niech się patrzy na abstrakcyjny obraz.

Cały pokój był zatopiony w ciepłym pomarańczowym świetle lampy podłogowej, a z głośników leciał celtic rock. Lubię celtycką muzykę, bo czuję sentyment do Celtów, którzy — tak jak Słowianie — przez wieki bronili swych ziem, aby Germanie nie wyparli ich z Europy. Pozdrowienia dla Irlandczyków i Szkotów.

Na podłodze przed głośnikami spała Sonia, zmęczona po wczorajszym szaleństwie. Po północy, gdy rozpoczęła się noworoczna kanonada, tak się trzęsła ze strachu, że musieliśmy wypić szampana, siedząc razem z nią na podłodze w przedpokoju, gdzie nie ma okien. Dobrze tam się piło szampana.

W ogóle jest mi dobrze. I nie chcę, aby ktoś mi to zmienił na lepsze. Boję się jednak, że tego szaleństwa, aby uszczęśliwiać ludzi na siłę w imię postępowych ideologii, nie da się już zatrzymać. Bo bardzo trudno jest zatrzymać takie szaleństwo.

Gdy raz się coś takiego zacznie, trudno przekonać fanatyków udoskonalania świata, że ludzie nie chcą żyć w świecie doskonałym. Fanatycy są na tym punkcie bardzo drażliwi.

Nie wiem, na jakim etapie są nasi fanatycy klimatyczni, gender, tolerancji i równouprawnienia. Generalnie są trzy etapy rozwoju ruchów opartych na ideologii poprawiania świata. W pierwszym etapie oni naprawdę wierzą, że dzięki ich działaniom ludzie staną się szczęśliwsi. Dlatego są serdeczni, przekonujący i sympatyczni.

To się jednak szybko kończy, gdy okazuje się, że ludzie nie czują się uszczęśliwiani przez ich działanie. Wtedy w środowisku postępowych ulepszaczy świata następuje kryzys. Bo część aktywistów uznaje swój błąd i pragnie się z niego wycofać. Większość jednak brnie w jeszcze większy fanatyzm, gdyż im się wydaje, że błędna nie była sama idea, ale zbyt wolne tempo jej wprowadzania. Właśnie dlatego ludzie nie czują się szczęśliwi. Trzeba więc przyspieszyć i dokręcić im śrubę z pomocą tolerancji i Zielonego Ładu, aż zaczną piszczeć ze szczęścia.

Po drugim nadchodzi jednak trzeci etap, gdy okazuje się, że przyspieszenie powiększyło bałagan, frustrację i opór. Jak można opierać się przed ratowaniem świata i tolerancją? To przecież jest niemoralne. W trzecim etapie rodzi się więc przekonanie, że winni za wszystko są wrogowie szczęścia, którzy podważają wartość postępu. I tych wrogów należy wyeliminować.

Są to etapy rozwoju wszystkich komunizmów, nazizmów, lewackich ideologii postępu i innych liberalizmów. Nie wiem, na jakim etapie są dzisiaj nasi zwolennicy uszczęśliwiania ludzkości na siłę. Wydaje mi się, że osiągnęli już drugi poziom, ale są bardzo blisko trzeciego. Bo ludzie za nic nie chcą się poczuć uszczęśliwieni ich działaniami. Jeszcze więc jeden krok i nadejdzie czas eliminacji wrogów. To już się prawie zaczęło.

Jeżeli prawdą jest, że cały przyszły rok będzie taki jak jego pierwszy dzień — niech taki będzie. Ale boję się, że taki nie będzie. Bo nadchodzi czas definiowania i oznaczania wrogów. A ja mam krzyż na ścianie i pstrokatą choinkę. W czasie świąt słucham polskich kolęd, a po świętach muzyki celtyckiej. To jest typowy znak wroga. Póki co łapię więc jeszcze te chwile, gdy mój świat nie musi być doskonały, a ja nie muszę być postępowy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *